Wokół książki „Następny Proszę!”, inspirujących ludzi i codziennej pracy – wywiad z Adamem Szulcem

Czy wydana niedawno książka Adama Szulca będzie miała swoją kontynuację? Co zaskoczyło autora podczas podróży do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu wiedzy o korzeniach barberingu i czy odnalazłby się w Ameryce okresu złotej ery barberingu? Zapraszamy do kolejnej już podróży po świecie fryzjerstwa męskiego, w której przewodnikiem będzie zafascynowany historią rzemiosła fryzjer męski – Adam Szulc.

2021-01-12 12:58:13
Autor:

We wstępie książki wspomina Pan, że do jej napisania zainspirowali Pana uczniowie szkoły branżowej, w której Pan uczy. O co ci młodzi ludzie dopytywali? Jakich informacji szukali?

Klasa, w której uczę, wystartowała w 2018 roku. Moje początki w roli nauczyciela zawodu zbiegły się wtedy z terminem wydania mojej pierwszej książki, czyli Fryzjer męski. Bardzo starałem się zdążyć z napisaniem ostatnich fragmentów przed początkiem roku szkolnego, żeby uczniowie mieli z czego czerpać wiedzę. Muszę przyznać, że tamten czas zweryfikował moje wyobrażenia dotyczące edukowania młodzieży. Kiedy podejmowałem pracę w szkole, wydawało mi się, że po takiej liczbie szkoleń, które przeprowadziłem, uczenie dziesięcioosobowej klasy nie będzie dla mnie problemem. A jednak stanąłem przed młodzieżą poznańskiej branżówki i straciłem język w gębie. Nie wiedziałem, co i w jaki sposób powiedzieć, bo tak naprawdę po raz pierwszy miałem do czynienia z osobami nieznającymi jeszcze podstawowych pojęć fryzjerskich. Zupełnie inaczej mówi się przecież do dorosłych ludzi, a jeszcze inaczej do osób mających jakieś doświadczenie zawodowe. Zanim zacząłem uczyć, musiałem więc sam odrobić ważną lekcję.

Szybko zorientowałem się, że dla młodych ludzi świat zaczyna się i kończy w mediach społecznościowych, a żeby do nich dotrzeć, trzeba zrozumieć przestrzeń, w któej są tak głęboko zanurzeni. Moi uczniowie podczas rozmów nie posługiwali się nazwami zakładów fryzjerskich czy nazwiskami znanych fryzjerów. Podawali mi nicki jakichś barberów-instagramerów, których prace im się podobały. Te nazwy oczywiście nic mi kompletnie nie mówiły, a dla nich właśnie tam – na Instagramie – toczyło się prawdziwe życie; stamtąd czerpali inspiracje. Kiedy już odnaleźliśmy wspólny język, zaczęły pojawiać się już bardziej praktyczne pytania, dotyczące samej natury pracy fryzjera. Większość uczniów była jeszcze przed praktykami, więc interesowały ich kwestie związane z codzienną pracą w zakładzie fryzjerskim. Z czasem pytania stawały się coraz bardziej szczegółowe i wnikliwe.



Skoro wspomniał Pan już o poszukiwaniu wiedzy, chciałabym podpytać o Pana doświadczenia w tym zakresie. Czytelnicy Pana książki wiedzą, że chcąc zebrać materiały do napisania kontynuacji Fryzjera męskiego, dużo Pan podróżował. Odwiedzał Pan m.in. muzea. Czy coś podczas tych podróży szczególnie Pana zaskoczyło?

Podczas każdej wyprawy dokładnie wiedziałem, gdzie i po co jadę. Miałem trzy najważniejsze cele podróży: muzeum w Nowym Jorku, muzeum w Ohio i spotkanie z najstarszym barberem na świecie – Anthonym Mancinellim. W każdym z tych miejsce coś mnie zaskoczyło.

Kiedy wybierałem się do New York City Barber Shop Museum, podczas rozmowy z kustoszem tego miejsca wspomniałem, że chciałbym spotkać się na miejscu z fryzjerem, który mógłby mi opowiedzieć, jak kiedyś pracowało się w tym mieście. Przyjechałem na miejsce i okazało się, że takie spotkanie zostało umówione. Spod muzeum zabrał mnie kierowca, z którym całą drogę do Queens przegadałem o amerykańskich filmach, historii miasta, a nawet historii Polski, a kiedy dojechaliśmy na miejsce, znalazłem się w największej hurtowni fryzjerskiej w Nowym Jorku, prowadzonej przez rodzinę Petruccellich. Okazało się, że lokal prowadzi ośmiu braci, którzy mają po około 80 lat. Zaskoczyło mnie to, jak byli przygotowani na spotkanie ze mną i w jak rodzinnej atmosferze mnie przyjęli. Mieli wydrukowaną historię całej rodziny, z której mogłem korzystać do woli.

Drugim zaskakującym elementem mojej wyprawy było spotkanie z Anthonym Mancinellim. Najstarszy fryzjer świata, do którego przyjeżdżają osobistości fryzjerskie i polityczne, pracuje w lokalu, który nigdzie w sieci nie pisze o tym, że na miejscu, przy fotelu wciąż obsługuje klientów 108-letni barber. Wydało mi się to wielkim zaniedbaniem. Mieć takiego człowieka w swoim zakładzie – fryzjera, który codziennie przychodzi na osiem godzin do pracy, to coś, czym zakład powinien się chwalić. Podczas samego spotkania z panem Anthonym ujęła mnie z kolei jego postawa. Był pogodzony z życiem, skromny, nie zależało mu w ogólne na pieniądzach. Miał ordschoolowy sznyt, który rzadko się już spotyka. Wciąż pracował, bo po prostu kochał tę pracę.

Trzecim wydarzeniem, które mnie zaskoczyło, były odwiedziny w Muzeum w Ohio. Sądziłem, że na miejscu kustosz udostępni mi bibliotekę, w której będę szukał potrzebnych mi materiałów. Okazało się, że specjalnie dla mnie zamknięto muzeum na 3 dni. Nikomu nie wolno było tam wchodzić. Całą przestrzeń miałem do dyspozycji. Mogłem robić zdjęcia, zadawać pytania. Mike – tamtejszy kustosz – był bardzo podekscytowany faktem, że ktoś z Europy przyjechał do Ohio, żeby zbierać informacje do napisania książki. Któregoś dnia mojego pobytu w muzeum przyjechała grupa fryzjerów z Kansas. Ponieważ bardzo im zależało, żeby zwiedzić to miejsce, Mike zapytał mnie, czy się na to zgadzam. Oczywiście nie miałem nic przeciwko. Byłem wdzięczny, że mam możliwość przebywania w muzeum i korzystania z jego zasobów. I wtedy rzeczywiście kustosz wpuścił grupę turystów, uprzedzając ich jednocześnie, że mają zachować absolutną ciszę, bo tutaj pisze się książkę.

Gdyby mógł Pan odbyć praktyki zawodowe u dowolnego fryzjera na świecie, kogo by Pan wybrał?

Jest kilka osób, których pracę chciałbym móc choćby z bliska podpatrzeć. Pierwszą osobą, od której – mówiąc całkowicie hipotetycznie – chciałbym się uczyć, byłby nieżyjący już pan Edmond Roffler – amerykański barber, który w latach 60. wymyślił technikę strzyżenia, którą nazwał „roffler kut”. Mając 60 lat, zrobił pokaz w Nowym Jorku i wtedy tak naprawdę rozpoczęła się jego kariera. Drugą najważniejszą dla mnie postacią fryzjerską jest pan David Raccuglia. Miałem przyjemność oglądać jego pokaz kilka lat temu w Birmingham. To człowiek wysokiej kultury osobistej, profesjonalista łączący fryzjerstwo z muzyką hardcore’ową. Można powiedzieć, że gdyby całe fryzjerstwo męskie miało takie oblicze, jakie ma David Raccuglia, to na pewno mielibyśmy fryzjera-prezydenta! Trzecią osobą, którą chciałabym wymienić, a której nigdy nie spotkałem, jest pan Donnie Hawley z Kalifornii. Obok Davida Raccugli jest drugą postacią, dzięki której fryzjerstwo
męskie w Stanach odrodziło się. To szalenie ciekawa, a zarazem kontrowersyjna osoba. Ostatnią, czwartą już osobą, u której chciałbym odbyć staż, byłby pan Joth Davis z zakładu fryzjerskiego „The Savills” w Anglii. Charakterystyczne dla tego fryzjera jest klasycznie strzyżenie, które łączy z muzyką rockandrollową. Jego prace są jednocześnie bardzo angielskie: gentelmeńskie, trochę wiktoriańskie… bardzo specyficzne i unikatowe.

W książce widać Pana silną fascynację Ameryką z czasów złotej ery barberingu. Odnalazłby się Pan w tamtym miejscu, w tamtych warunkach, czy lepiej opisywać tę rzeczywistość z perspektywy czasu?

Cieszę się z tego miejsca, w którym jestem. Nie chciałbym urodzić się ani wcześniej, ani później. W tamtych czasach pewnie też odnalazłbym się, natomiast lubię poszukiwać, docierać do faktów, odkrywać historie. Patrzenie na świat z perspektywy włosów jest dla mnie niesamowicie fascynujące. Lubię łączyć to z historią, z opisywaniem równolegle dziejących się wydarzeń. Moja fascynacja Ameryką nie jest jednak fascynacją tylko czasami złotej ery barberingu, a pamiętać trzeba, że ona – pomimo swojej nazwy – nie płynęła tylko miodem. Tam też były problemy. Dochodziło do bójek w zakładach fryzjerskich, a nawet do zabójstw. W Chicago w latach 30. duża część morderstw była dokonywana w zakładach fryzjerskich, bo łatwo było wziąć na celownik ludzi, którzy mieli określone przyzwyczajenia – w konkretnych dniach, o konkretnych godzinach odwiedzali swojego barbera.

Czytając książkę, odnosi się wrażenie, że wszystko na temat fryzjerstwa męskiego zostało już powiedziane, a jednak pisze Pan kolejną część. O czym ona będzie?

Kiedy przyjechałem do muzeum w Ohio, dowiedziałem się, że na temat fryzjerstwa męskiego wydano 25 tysięcy publikacji. Te zasoby są naprawdę olbrzymie. Zawierają katalogi fryzur, wspomnienia i biogramy barberów, dowcipy, wiersze, opowieści fryzjerów i wiele innych. Patrząc na tę liczbę, myślę, że napisanie trzeciej części nie będzie czymś trudnym. O fryzjerstwie męskim naprawdę wiele jeszcze można powiedzieć. Ja oczywiście przedstawiam fryzjerstwo z własnej perspektywy. Uchylając rąbka tajemnicy, powiem też, że moją ulubioną formą wypowiedzi jest rozprawka,dlatego uznałem, że moja opowieść o fryzjerstwie powinna być trylogią. Pracuję nad tym, żeby trzecia część spinała wszystkie wątki poruszone w dwóch poprzednich częściach, domknęła je, pozostawiając jednocześnie pewien niedosyt i chęć poszukiwania kolejnych informacji. Mogę też zapewnić, że kolejna książka nie będzie w żaden sposób kopią poprzednich. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, ukaże się ona we wrześniu 2022 roku.

Czy Pana zdaniem fryzjerstwo męskie w Polsce ma szansę
być tak szanowanym i prestiżowym zajęciem, jak w Stanach?


To, jak będziemy postrzegani, zależy tylko od nas samych. Żeby zaczęto nas szanować jako branżę, każdy powinien zacząć od siebie. Po marcowym lockdownie trudno mi stwierdzić, że moglibyśmy być postrzegani jako poważna branża, skoro wielu fryzjerów strzygło w podziemiu, a z ich usług korzystali również ci, którzy nakładali na nas obostrzenia. Na pewno potrzeba w naszym zawodzie dużo etyki, pokory i pracy. Potrzeba ludzi, którzy nie są ignorantami.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.


Rozmawiała: Ewa Sroka

ZNAJDŹ NAS: